Francuski był ze mną od zawsze i od nigdy – wywiad z Zuzanną Czołnowską

W stolicy Francji mieszka od 10 lat. Bez zwątpienia nazywa to miasto swoim domem. Ale to nie jest jej jedyny dom. Ma ich kilka. Język francuski otworzył drzwi tylko do jednego z nich.
O swoim życiu opowiada Zuzanna Czołnowska.

Cześć Zuza! Powiedz, gdzie dokładnie teraz mieszkasz?

Mieszkam w Paryżu, od dwóch miesięcy w 17. dzielnicy i wciąż jeszcze trochę mam wrażenie, że przeprowadziłam się do innego miasta! Wcześniej spędziłam prawie 7 lat we wschodniej części Paryża i bardzo wrosłam w tamtejszą tkankę. Paryż, choć stosunkowo mały, jest bardzo podzielony i te różnice między poszczególnymi dzielnicami widać i czuć. W Paryżu żyje się bardzo lokalnie.

Zosia na placu w Paryżu

Byłam w Paryżu całkiem niedawno i zdążyłam odczuć tę różnorodność. Urzekła mnie. Jednak nie na tyle, żebym została. W przeciwieństwie do Ciebie...

Właśnie mija 10 lat, odkąd przyjechałam do Paryża na studia magisterskie. To był zupełny przypadek, niezobowiązująca decyzja, którą podjęłam wspólnie z koleżanką ze studiów w Polsce. Zaczynałyśmy właśnie magisterkę na polonistyce na Uniwersytecie Warszawskim i to ona wpadła na pomysł Paryża. Znałyśmy się z licencjatu, obie mówiłyśmy po francusku, obie miałyśmy rodziny w regionie paryskim, obie teoretycznie kwalifikowałyśmy się do programu studiów magisterskich na Sorbonie na wydziale lingwistyki stosowanej (LEA – Langues Étrangères Appliquées). Zaaplikowałyśmy, przeszłyśmy proces rekrutacji, zostałyśmy przyjęte… i zaczęło się! 
(P.S. Miałyśmy możliwość kontynuowania polskiego toku studiów, pojawiałyśmy się w Warszawie jedynie na egzaminach w poszczególnych sesjach egzaminacyjnych, skończyłyśmy jednocześnie oba kierunki na obu uczelniach, obroniłyśmy się, otrzymałyśmy dwa dyplomy.)

Przyjechałaś jako studentka, teraz etap studiów masz już za sobą. Jest dorosłe życie. Czujesz się tu jak u siebie?

Tak! W Paryżu jestem u siebie. Tu zawiązałam przyjaźnie, poznałam mojego partnera, zdobyłam doświadczenie zawodowe, a przede wszystkim to właśnie tu stałam się dorosłą kobietą. Z Paryżem łączą mnie wspomnienia, mnóstwo marzeń, które spełniam, wciąż snując nowe, dużo trudnych momentów, przykrych doświadczeń, tabun bardzo pięknych chwil i morze banalnych ułamków codzienności – chociażby tej administracyjno-urzędowej. Tym nigdy nie zajmowałam się Polsce!

Czyli można powiedzieć, że Paryż to Twój "nowy dom"?

Dom to uczucie. To uczucie zaraz po przebudzeniu, gdy wiem, co za chwilę zrobię, co mnie czeka, kto jest obok – to uczucie szczęścia wyrażone w rutynie. W domu zawsze czuję się kochana, wiem, z którego kubka napiję się kawy, a z którego herbaty. Mam kilka domów i z żadnego nie chcę – i na szczęście nie muszę – rezygnować.

Swego czasu myślałam dużo o powrocie do Warszawy. Nie lubię myśleć i nie przekuwać tego w czyny, więc ogarnęłam sprawy zawodowe, spakowałam walizkę i poleciałam. Byłam przeszczęśliwa! Mój partner miał do mnie dołączyć, ale koniec końców utkwiliśmy w tym rozkroku na paręnaście miesięcy, a ja spędzałam w tamtym okresie prawdopodobnie więcej czasu w samolotach i na lotniskach niż w jednym czy drugim domu. To jednak nie był dobry moment na Warszawę. Wróciłam stęskniona do Paryża i wiem, że najbliższe lata spędzimy właśnie tu. Tu należę i tu czuję się na miejscu. A emerytura – hmmm, może i wcześniej? – we Włoszech! Tam są bliscy mojego partnera i jego wspomnienia młodości; wiem, że tęskni za Toskanią, brakuje mu klimatu, kuchni, kolorów, atmosfery. Ja kocham Włochy, więc to nasz wstępny plan na przyszłość.

A czy jest coś, za czym tęsknisz?

Za moją Babcią, która jest moim ulubionym człowiekiem na świecie. Za ludźmi w ogóle. Za natychmiastowością kontaktów, o której się nie myśli, gdy ma się wszystkich ważnych ludzi obok. Każda znajomość, przyjaźń czy relacja nas wzbogacają, a jednocześnie tworzą w sercu miejsce, które później często stoi puste. Tęsknię też za moją własną obecnością w momentach, o których kiedyś rozmyślałam, których nie mogłam się doczekać, a które teraz mnie omijają. Śluby, ciąże, parapetówki, awanse najbliższych – często w nich nie uczestniczę. Ach, i bardzo tęsknię też za pieczonymi ziemniakami z kminkiem mojej Mamy! Nie umiem ich zrobić jak ona.

Francuski był ze mną od zawsze i od nigdy

Z.Cz.

Jak nauczyłaś się języka francuskiego?

Francuski był ze mną od zawsze i od nigdy. Przez to, że mam we Francji rodzinę, język był zawsze obecny, ale nigdy na pierwszym planie. Były francuskie bajki oglądane z kuzynami, sierpień spędzony tam, ich lipiec w Polsce, jakieś święta pomiędzy. Pamiętam, że graliśmy w Scrabble w trzech językach, a podczas zabaw na podwórku żaden dorosły nie umiał nas zrozumieć. Bałagan i mieszanina akcentów, pisków, gestów i dziecięcych przejęzyczeń. Familiolekt wręcz. W liceum zaczęłam traktować to nieco bardziej świadomie, zapragnęłam uporządkować mój uliczny francuski, moja Mama też przykładała do tego wagę, więc chodziłam na zajęcia po szkole – uczyłam się czytać i pisać, bo do tej pory głównie słuchałam i rozmawiałam (i to też nie rewelacyjnie). Nawet odważyłam się na maturę z francuskiego na poziomie podstawowym (którą zdałam!). Później były studia i musiałam podejść do egzaminu potwierdzającego moje kompetencje językowe, by wyjechać na Sorbonę – jakimś cudem wyszło. Jednak już na miejscu brutalnie zderzyłam się z rzeczywistością. Co z tego, że znałam język, skoro nie znałam tego, co francuskim studentom wpaja system edukacji? Nie wiedziałam, jak się pisze prace semestralne, zwykłe streszczenie rozdziału mnie przerastało, nie umiałam nawet złożyć zdania, które brzmiałoby jak napisane przez studenta, a nie przez ucznia podstawówki. Cały pierwszy semestr chodziłam na akademickie zajęcia uzupełniające i wyszłam na prostą. Jednocześnie pracowałam jako niania dwóch braci, sześcio-
i ośmiolatka, i dzięki odrabianiu razem z nimi lekcji zaczęłam rozumieć język od tej bardzo naturalnej strony. Dziś uważam, że znam francuski bardzo dobrze, po francusku pracuję i żyję, załatwiam wszystkie potrzebne sprawy, prowadzę życie towarzyskie, czytam książki, oglądam filmy. I wciąż się uczę!

Całe szczęście! Zgłębiać języki możemy całe życie, więc nigdy nam się to nie znudzi. Czy mówisz też w innych językach?

W szkole przez wiele lat miałam niemiecki i coś tam jeszcze zostało – podstawowe wyrażenia, przypadkowe słownictwo, wierszyki. Często przychodzą w niespodziewanych momentach, niedawno nawet miałam sen, w którym rozmawiałam po niemiecku! Poza tym mówię biegle po angielsku, ale to język, z którym dorastałam i nauczyłam się go mimowolnie. Wykorzystuję go często w pracy i moja najlepsza paryska przyjaciółka jest Angielką, więc na szczęście nie mam szans go zaniedbać. Rozumiem też włoski i uczę się go samodzielnie – to moje niespełnione marzenie, włoski jest piękny, brzmi zachwycająco.Z wykształcenia jestem językoznawczynią i języki mnie fascynują. Zauważam, jak zmienia się mój tembr głosu w zależności od tego, w jakim języku mówię. Zmienia się moja osobowość. Bawią mnie inne żarty, a nawet sięgam po inne książki. Dzięki językom obcym jestem w tym miejscu, w którym jestem i mam wokół siebie wyjątkowych ludzi. Gdybym mogła mieć jedną supermoc, chciałabym znać wszystkie języki świata. Wszystkie!

Życzę Ci tego! Na sam koniec chciałam jeszcze wydobyć z Ciebie odpowiedź na pytanie o rzecz chyba najważniejszą. Przeżyłaś już niejedno, w niejednym języku, niejednym państwie, z niejedną wizją siebie i świata. Zatem czym teraz jest dla Ciebie życie?

Życie to niewiadoma. Wielka niespodzianka. Wierzę, że jesteśmy kowalami swojego losu, a jednocześnie widzę, jak wielką wypadkową niezauważalnych wydarzeń jest to, co nas spotyka. Życie to przygoda, wyzwanie, mnóstwo możliwości i wielka odpowiedzialność. Im jestem starsza, tym bardziej kocham życie i tym chętniej popadam w banały pod tym względem. Jednocześnie nie lubię traktować swojego życia zbyt poważnie – mam tylko jedno do przeżycia!

Dziękuję Ci bardzo za rozmowę. I mówię à bientôt !

À bientôt !

Dodaj komentarz

osiemnaście + 11 =

Dodaj komentarz

4 × 3 =